Wrzesień 22nd, 2007 W kategorii: Osobiste
Brak komentarzy »

W poniedziałek (tj. 17.09) wróciłem z miesięcznego pobytu w Holandii, podczas którego pracowałem zbierając owoce. W tych kolejnych, krótkich zdaniach chce ujawnić całą prawdę o wakacyjnej pracy w holenderskich sadach. Otóż w holenderskich sadach zajebiście jest ;). Jedne z fajniejszych wakacji w moim życiu. Przygoda, niezbyt ciężka praca, ładna okolice, morze o rzut kamieniem, i urokliwa, choć nużąco płaska Holandia.
Cztery tygodnie spędziłem w okolicy Goes, dokładniej w “Ellewoutsdijk”
Pojechaliśmy tam w 8 osób. Podróż autokarem nie była aż tak męcząca jak myślałem (w końcu to około 18h).
Skład od lewej: Karolina, Maciek, Paweł, Lecho, Piotrek, Łukasz no i ja. I najważniejsza A. która robiła za fotografa :)
Wyczłapaliśmy w Bredzie z autokaru, szybko na pociąg i jesteśmy w Goes (pociągi w Holandii jeżdżą podobno średnio 120-140km/h).
Chwile czekania na dworcu i podjeżdżają nasi pracodawcy. Krótkie, miłe przywitanie i jedziemy do naszego lokum. Od Goes było to jakieś ponad 16 km. Trafiliśmy na nasz tymczasowy camping, na którym spędziliśmy 2 tygodnie w przyczepach campingowych z lat 70.
Jak widać na zdjęciu przyczepy eleganckie. Niestety tak to tylko wygląda. W jednej kuchenka z dwoma palnikami gazowymi, na której trzeba było gotować dla 8 osób, i do tego wodę na herbatę i do termosów, bo nie można było podłączać czajnika bezprzewodowego. Dach przeciekał w obu, musieliśmy lufciki zakleić niezastąpioną taśmą i folią. Spowodowało to już w drugim tygodniu bardzo ciekawy atak grzyba na sufit, od wilgoci pozwijały się za to okleiny na ścianach, a nad naszymi głowami otworzyła sie spora dziura w ścianie z której brzydko pachniało.
Nic też nie zastąpi przebudzenia się z zimna o 5 rano i widoku swojego oddechu. Bardzo ciekawie też się poczuliśmy, gdy okazało się, że nasz szafka w której trzymaliśmy większość jedzenia była kiedyś ubikacją. Nigdy więcej przyczep campingowych.
Jedyne co było fajne to prysznice na campingu. Miały tylko jeden przycisk a właściwie czujnik na fotokomórkę. Przez 4 minuty leciała idealnie ciepła woda, 30s przerwy i znów można było aktywować prysznic. Ciekawe rozwiązanie.
Tak nam upływał wesoło czas w przyczepie, umilany okazjonalnymi aferami. A to burza połamała nasz altanko-namiot, a to właściciel campingu poskarżył się że zaglądnęliśmy do jego lodówki która stała obok naszej. Swoją droga ciekawe co tam miał, że musiał aż zagrozić nam wywaleniem z campingu jeśli miałoby się to powtórzyć. Chyba teściową. W każdym razie było wesoło.
Zapomniałbym wspomnieć o naszym psie, Kebabie. Przypałętał się taki do nas, stary ale poczciwy.
Podobno z sąsiedztwa ale specjalnie nikt się nim nie opiekował więc radził sobie sam. Trzeba przyznać, że całkiem dobrze sobie radził. Zjadał wszystko co mu się dało, od resztek ostrego vifona, po zepsute konserwy i litry mleka. Chyba nie istniał dla niego taki stan jak “pełny brzuch”. A wcale chudy nie był. Przeważnie jak wracaliśmy z pracy to czekał na nas wesoło merdając. I tylko patrzył coby tu zjeść.