Wyprawa do Szwecji

Dzień pierwszy – rozgrzewka

30 marca dzięki zaproszeniu od Snika i N. wyruszyliśmy z A. na trzydniową wyprawę do Szwecji :) Wyprawa to dużo powiedziane, bo dotarcie do Szwecji to niespełna pół godziny dojazdu do lotniska i półtorej godziny lotu. Na miejscu oprócz Sników powitała nas piękna pogoda. Ruszyliśmy w podróż do mieszkania naszych gospodarzy, w oddalonym od lotniska Skavsta o ~100 km mieście Linköping.

Pierwsze wrażenia, to strasznie płaski teren, nie wiem czemu ale sądziłem że Szwecja jest bardziej „pofałdowana”. Oprócz wielkich przestrzeni, piękne drogi, zero dziur, czteropasmowe autostrady prowadzące wszędzie, a na nich same volvo i saaby. 90% pojazdów to właśnie te dwie szwedzkie marki. Poza tym Szwedzi lubują się w odrestaurowanych amerykańskich krążownikach szos itp. cudach. Oprócz tego zdarzyło nam się widzieć 5 lub 6 jadących jedna za drugą corvette z06, a porsche jeździ tyle, co u nas polonezów. Warto przy tym nadmienić, że praktycznie nikt nie przekracza dozwolonej prędkości, a najwyższa dopuszczalna to 110 i to nie mil, ale kilometrów na godzinę…
Po godzinie miłej podróży dotarliśmy do campusu akademickiego, gdzie moje oczy otworzyły się jeszcze szerzej niż otwarte były przez całą drogę. Standard, czystość, wielkość, styl i cała reszta wyprzedzają nasze rodzime akademiki o lata świetlne. Cały campus to masa ładnych domków, w każdym po parę mieszkań, tworzących spore osiedle. Przywitaliśmy się z Sukonem (fretką) i rozgościliśmy się w niedużym, ale wyjątkowo przytulnym mieszkanku. Tu miał miejsce pierwszy punkt kulinarnej uczty, czyli sałatka z kurczakiem i grzankami ;) Pychotka! Po posileniu się udaliśmy się na zwiedzanie uniwersytetu LIU i okolic. LIU to wiele niskich, nowoczesnych budynków, zajmujących sporą powierzchnię. Studiuje tam podobno około 25tys osób. Niedaleko jest uroczy park, z kaczkami, stadniną koni i innymi atrakcjami :)
Po spacerze udaliśmy się do centrum Linköping, na obchody Nocy Walpurgii. To pogańskie święto, podczas którego pali się ogniska by odstraszyć złe duchy, czarownice lecące na orgie(why?) itp. sprawy. Nad kanałem w miasteczku zebrało się mnóstwo ludzi, był koncert orkiestry, płonące ognisko i pokaz sztucznych ogni. Po całej imprezie tłum się rozszedł, zapewne bawić się dalej, my wróciliśmy do siebie i tak się skończył dzień pierwszy.

Dzień drugi – chillout

Zaczął się niezwykle aktywnie, zaraz po przebudzeniu poszliśmy pobiegać do pobliskiego lasu, gdzie wytyczone są specjalne ścieżki. Przebiegnięcie 5km skutecznie nas rozbudziło, a zwłaszcza nasze apetyty, a tu czekał kolejny etap kulinarnej rozpusty, mianowicie śniadanie – parówki (w których jedna miała większą zawartość mięsa niż cała zgrzewka morlinek) owijane w plastry boczku z cebulką i pieczarkami. Niebo w gębie. Aktywność od tego momentu zaczęła maleć. Celem dzisiejszej wycieczki była Vadstena i „góra” Omberg, z której rozciąga się widok na Wetter, drugie co do wielkości jezioro w Szwecji. Vadstena to niewielkie miasteczko (niespełna 6 tys. mieszkańców), ale zachowuje swoje prawa miejskie ze względu na swoją historię. Zamek znajdujący się w niej jest jednym z najlepiej zachowanych w kraju. Niestety nie dało się go zwiedzić od środka, ale z zewnątrz robi wrażenie. Po spacerze po rynku i okolicach klasztoru, zjedzeniu pysznych lodów, udaliśmy się na Omberg, gdzie uraczyliśmy się pięknym widokiem jeziora i okolicy. Widok ten jednak nie napełniłby naszych brzuchów, więc rozpaliliśmy grilla i wrzuciliśmy na ruszt specjalność zakładu, czyli szaszłyki ;) Do tego piwka, ziemniaczki z „ogniska” i chillout na kocyku był niesłychany. Cały dzień upłynął na relaksowaniu się. Największą atrakcją dla mnie był zjazd z góry Omberg, gdyż spora część jednokierunkowej, wąskiej drogi prowadzi nad wybrzeżem, a ostre zakręty i wcale nie mała prędkość z jaką prowadziła N, dostarczały emocji, zwłaszcza potęgowanych wrażeniami z siedzenia na tylnej kanapie ;) Prawdziwie rajdowy OES ;)
Dnia drugiego położyliśmy się trochę wcześniej, gdyż czekała nas wycieczka do Sztokholmu.

Dzień trzeci – Sztokholm

Wczesna pobudka, szybkie śniadanko, wkurzony Snik bo nie pobiegaliśmy z rana, i ruszamy w trasę. Do Sztokholmu 200 km autostradą, znów nie mogłem doszukać się dziur w drodze. Drogą przebiegła sprawnie, GPS Marysia prowadziła bezbłędnie. Pierwsza atrakcja – Skansen. To muzeum na otwartym powietrzu, połączone z zoo, znajduje się tam ponad 150 historycznych budynków, pokazujących kulturę i życie w Szwecji od 18 wieku. W niektórych budynkach pracują ludzie wypiekając bułeczki czy lepiąc garnki. Wszystko robi bardzo fajne wrażenie, dopełnione atrakcjami ze „zwierzurkami”. Najciekawsze jest, że do niektórych klatek można wejść, odwiedzić sowę, lemury czy inne małpki. Niestety, ciepły dzień i duża ilość turystów nie skłaniał zwierzaków do większej aktywności, jedynie sowa dała ładny pokaz i zaskoczyła wszystkich, zlatując znikąd i siadając na pniu drzewa, na wyciągnięcie ręki. Po Skansenie odwiedziliśmy muzeum Vasa, jest to właściwie okręt w obudowie z muzeum ;) Robi naprawdę niesamowite wrażenie, był to największy statek statek zbudowany w XVII wieku, niestety zatonął praktycznie zaraz po wypłynięciu z portu. Król Gustwa Adolf kazał wybudować go celem wysłania na wojnę z Polską. Niestety ten wielki Epic Fail, kosztował życie wielu marynarzy, i niesamowitą ilość pieniędzy jak na tamte czasy. Galeon ma około 25 metrów wysokości, i prawie 70 długości. Przeleżał na dnie morza przez ponad 300 lat, zachował się w 95%, suszono go przez 17 lat. Stanowi teraz najczęściej odwiedzane muzeum w Szwecji i naprawdę warto je polecić.
Następnym punktem wycieczki był pałac Drottningholm, letnia rezydencja króla. Po chwili odpoczynku w królewskim parku, wróciliśmy na stare miasto, z planem zjedzenia pysznych kanapek w Subway’u, na które mieliśmy ochotę, odkąd tylko zobaczyliśmy jednego przy wjeździe do miasta. ;) Dojście do niego, głównie dzięki odważnej A., która wiedziała kogo i gdzie zapytać ;) pozwoliło nam przy okazji poczuć trochę klimatu Sztokholmu jako miasta. Z pełnymi brzuchami, pospacerowaliśmy jeszcze trochę po starym mieście, i udaliśmy się w podróż powrotną do domu. Trochę żubróweczki na dobry sen, i skończył się dzień pełen wrażeń.

Dzień czwarty – ostatni :(

Po pierwsze wstaliśmy trochę za późno, a plan był by obejrzeć jeszcze stare Linkoping i centrum miasta. Nasz samolot był o 12:05, o 11:30 kończyła się odprawa, więc czasu nie było zbyt dużo. Na szczęście była to niedziela, miasto było puste, obejrzeliśmy szybko Linkoping, które robi wrażenie niedużego (chociaż jest siódme co do wielkości) ale bardzo przyjemnego miejsca, zjedliśmy śniadanie i wyruszyliśmy na lotnisko. Czas nas naprawdę gonił, albo raczej N. goniła jego, przepisy łamaliśmy okrutnie, ale na szczęście skończyło się bez przykrych przygód. Dziesięć minut przed zakończeniem odprawy wparowaliśmy na lotnisko. Pora na smutne pożegnanie i powrót do szarej rzeczywistości. Lot powrotny na Okęcie odbył się bez przygód, z lotniska zaraz mieliśmy autobus na dworzec centralny, a stamtąd pociąg do domu, i po 6 godzinach od opuszczenia Szwecji byliśmy u siebie.

Szwecja zrobiła na mnie bardzo duże wrażenie, wydaję się być jednym z lepszych krajów na ułożenie sobie spokojnego życia, co prawda drogim, ale niesłychanie atrakcyjnym i rozwiniętym.

Sniku i N., N. i Sniku, Dziękujemy Wam Za Wszystko, było tak super, że aż brak mi słów żeby to wyrazić!

0001

Fragment parku nieopodal uczelni, w takie miejsca na przerwie można chodzić.

0001

Spasione kaczki, nawet one wiodą tam dostatnie życie

Przenikliwe spojrzenie

Wielka i podobno wredna gęś popisywała się przed nami

Stadnina koni obok uczelni

Sniku i N nad tamą.

Stos drewna na rzecze, palony w Noc Walpurgii zgodnie z tradycją.

Zebrała się znaczna część miasteczka

Nasze ostatnie ciasteczko.

I teraz można odetchnąć z ulgą, czarownice poleciały bo się wystraszyły

Zamek w Vadstena

Niestety zamknięty

Ha, wreszcie jedzonko, pachniało wybornie

A. kontempluje przyrodę

Widok z Omberg

Gdzie kucharek sześć… ;)

„mmm, surowe w środku, spieczone na zewnątrz, takie lubię najbardziej”

Pojedli, popili, to harcują

Wleźli i nie potrafią zejść, i co teraz?

Kolejny widoczek

A to moje ulubione, szkoda że takie ciemne.

„To nie ufo, to nie ufo, nie pojazdy księżycowe”

Skansen w Sztokholmie, boczne wejście.

Narada starszyzny w osadzie

Paw, nie dał się namówić na pokazanie ogona

Reniferokrólik

Łoś to jest ktoś.

Sowa postrach turystów

Teraz coś smacznego, jedzonko dla sów

Masz orzeszka? Nie? To spadaj

Przykładowa chatka ze skansenu

I to foto rządzi i nie wymaga komentarza!

No czego chcesz?

Ten wąż wygląda na złego

Pełna symbioza

„Nie pukać w szybkę bo skoczy”

Trzeba mieć jaj żeby dotknąć takie włochate brzydactwo

Sztokholm z okien samochodu

Prawie, że królewska jakość

Buszujący w zbożu

Pokaz fajerwerków

dodaj własny komentarz

Jedna opinia

Wypowiedz się!

Uwaga! Pola e-mail oraz nick są obowiązkowe. E-mail nie będzie widoczny publicznie.

Zapraszam Cię do skomentowania posta, to zawsze milej mieć odzew od Czytelników ;)
jeśli jednak masz zamiar tu tylko spamować albo wypowiadać się wulgarnie i nie na temat, to nie jesteś tu mile widziany.
Pamiętaj, że możesz użyć tagów w komentarzach:
<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>
Dzięki za uwagę:)