Zakopane 09.2006 dzień II
Wrzesień 30th, 2006 W kategorii: Góry
Pobudka o 5:30 :) ale wstaliśmy jakoś tak 6:30. Zapomniałem napisać w poprzednim poście paru słów o schronisku. Otóż schronisko w Dolinie Chochołowskiej jest duże, ładne i urokliwe:) łazienki są po niedawnym remoncie, ciepła woda cały czas, pokoje jak pokoje, same łóżka piętrowe, w konfiguracjach od 2 do 14 osobowych (albo 10, not sure) te eksluzywniejsze z własną umywalką. Najlepsza w schronisku jest kuchnia polowa. Jest to dosyć duże pomieszczenie, w którym jest tylko umywalka i dwa czajniki. W każdym bądź razie noc minęła spokojnie, po okropnym śniadaniu w postaci wczorajszych bułek z szczoko czekoladowym wyruszyliśmy około 7:30 na szlak. Cel Wołowiec. Zielony szlak jest dosyć męczący, długie podejścia a sama końcówka tez przyprawia o niezły ból łydek. Po dojściu na przełęcz pod Wołowcem chwila odpoczynku, w czasie której minął nas Słowak w krótkich spodenkach i wesołym “Ahoj” na ustach (a jak widać na zdjęciach jesteśmy w kurtkach a nawet czapkach tak było zimno i wiało ).
Wczłapaliśmy na Wolowiec i widok ukazał nam się cudny. Po prawej kusiły Rohacze – ale to następnym razem, bo teraz w planach mieliśmy Kończysty Wierch i “zobaczymy co dalej”. Kilka minut po dziesiątej zaczęliśmy schodzić z Wołowca, i tu musze nadmienić, że zejście owe nawet bez halnego jest można powiedzieć niewygodne. Zaczął nam doskwierać głód, a w plecakach tylko czekolada, i szczoko, na myśl o którym przewraca mi się w żołądku nawet teraz. Doszliśmy na Jarząbczy Wierch, na zdjęciu widać, że nie było łatwo. Spędziliśmy tam chwilę, po czym ruszyliśmy dalej. Wiatr wiał nieustannie. Z Kończystego Wierchu mieliśmy wybór, albo od razu Trzydniowiański, albo zaliczyć jeszcze Startobociański, jednak ze względu na złe warunki, ciężkie plecaki i nasze zmęczenie skręciliśmy na ten pierwszy. Na Trzydniowiańskim robiąc sobie przerwę na – już tylko wodę mineralna i kilka zdjęć, A spotkała grupkę znajomych z LO. Wybierali się na Wołowca, ale na szczęście udało nam się wybić im to z głowy. Zbliżała się już 16 (przez ten wiatr takie opóźnienie), a oni chcieli zdążyć na 19 na Kalatowki. Plan niewykonalny. Po namowach A postanowiliśmy wrócić dłuższym szlakiem, ale za to łagodniejszym. Schodziliśmy i schodziliśmy, a uczucia nam towarzyszące można porównać jedynie ze schodzeniem czerwonym z Giewontu, po długiej wędrówce Czerwonymi Wierchami. Marzyliśmy jedynie o kurczaku z rożna i sałatce z pomidorami ( której i tak nie dostałem), i gorącej herbacie dla A. (przy okazji, schodząc do Chochołowskiej, towarzyszyły nam ryki jelenia na rykowisku, bardzo ciekawe doświadczenie).
O 17:52 bardzo głodni, zmęczeni i obolali dotarliśmy na parking ciuchci i postanowiliśmy na nią czekać bez względu na to czy miała przyjechać czy nie. “Gumowe ucho” Agnieszki wychwyciło w rozmowie dwóch osób słowo kolejka, i zaczęło się przysłuchiwać uważniej. Ostatnia ponoć odjeżdżała o 18, tak wiec promyk nadziei zapłonął w naszych sercach. I doczekaliśmy… nagle usłyszeliśmy znajomy, jakże miły dla ucha warkot i zza zakrętu wyłoniło się zielone zbawienie. Na tyle szybko na ile pozwoliły nam obolałe ciała podnieśliśmy się z ławeczki i wczołgaliśmy na balkonik ciuchci wygodnie się rozsiadając, czując bądź nie czując każdy miesień i pulsowanie stóp. Cale szczęście mieliśmy kwaterę bardzo blisko dworca. Zostały nam jedynie zakupy w tesco i kurczak z rożna za rogiem. I tak punktualnie o 19:08 zasiedliśmy do naszej kolacji. Dla zwiększenia wrażeń tejże nocy woda była zimna.









Łukasz Girek, lat 23, uzależniony od internetu i dobrego designu. Na blogu postaram się dzielić z Wami wszystkimi co związane z tworzeniem w Sieci. Od projektowania, przez tworzenie do użytkowania. Będzie też trochę o muzyce i filmie. Blog będzie pełnił także funkcje osobistego portfolio. Zapraszam i dzięki za uwagę!
Zdjecia ladne ale nadal malo.
““gumowe ucho” Agnieszki wychwyciło w rozmowie dwóch osób słowo kolejka i zaczęło się przysłuchiwać uważniej.” boskie :}
(domagam sie wywalenia emotek bo sa brzydkie)